4 Obserwatorzy
24 Obserwuję
postronie

Strona po stronie

Teraz czytam

The Silmarillion
J.R.R. Tolkien, Ted Nasmith, Christopher Tolkien

Złodziej dusz

Złodziej dusz - Aneta Jadowska Premiera książki Bogowie muszą być szaleni była wielce oczekiwanym wydarzeniem. Ten szum wokół książki Anety Jadowskiej sprawił, że zapragnęłam sprawdzić, co takiego interesującego jest w serii o Dorze Wilk. Co prawda troszeczkę zniechęcił mnie tytuł najnowszego dzieła polskiej autorki. Nie jestem fanką pożyczania czegoś od innych twórców, drobnym żerowaniu na popularności oryginału. No, ale dobra - zakupiłam Złodzieja dusz (co nie było łatwym zadaniem!), przeczytałam kilka entuzjastycznych opinii i z kubkiem gorącej kawy zasiadłam do czytania. I... rozczarowałam się. I nie jest tak, że Złodziej dusz to zła książka. Po prostu jakoś tak... Z resztą - wyjaśnię to później. Dora Wilk to osoba o podwójnej tożsamości. W Toruniu jest policjantką, a w Thornie - Wiedźmą. Nasza bohaterka wykorzystuje swoje umiejętności w codziennej pracy, stając się jedną z najefektywniejszych śledczych. Ma ona jednak ostry charakter, a jej opinie często są, delikatnie mówiąc, dosadne. Ponadto Dora zmaga się z niechęcią prokuratora, która szybko zaowocuje zawieszeniem. Od tej pory będzie spędzała więcej czasu na piciu Zielonego Smoka, przekomarzaniu z diabłem Mironem i znoszeniu niechęci anioła Joshui. Ale błogi spokój nie trwa długo. W magicznym świecie znika coraz więcej nadprzyrodzonych istot, w tym przyjaciółka Dory. Znając możliwości Wilk i jej zdolności śledcze, Starszyzna Thornu powierza swojej wiedźmie misję mającą na celu zdemaskowanie porywacza. Dora oczywiście skorzysta z pomocy Mirona i Joshui. Na pewno więc będzie baaardzo ciekawie. Zacznę od plusów. Zdecydowanie na uwagę zasługują wykreowane przez Jadowską postaci. Sama Dora Wilk to mieszanka wybuchowa, a do jej charakterystyki została dodana nutka pradawnych wierzeń, z obrzędami płodności na czele. Poza tym główna bohaterka ma cięty język, jej wypowiedzi są ironiczne, okraszone humorem (o humorze jeszcze wspomnę). Jeśli chodzi o Mirona, to najważniejszy jest fakt, że jego dziadkiem jest Lucyfer, a on sam nieco stroni od diabelskiego towarzystwa. I, jeśli chodzi o Mirona, ciekawostki się kończą (o tym też wspomnę). A Joshua? Cóż, jego kreacja jest podobna do kreacji Mirona. Też jest potomkiem sławnego anioła - Gabriela. I również nie posiada zbyt przyjaznych stosunków z braćmi-aniołami. Zaspojleruje - tyłek uratuje mu Dora. I to nie raz. Kolejny plus to kreacja świata powieści. Dwa równoległe światy Toruń i Thorn, zmagające się z podobnymi problemami. Gdy Dora zajmuje się zbrodniami w magicznym świecie, jej koledzy z komisariatu próbują rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci Pauliny Kozanek. Za sprawą Dory (i nie tylko) oba miejsca wzajemnie się przenikają, ciemne sprawki z Thornu nie raz wychodzą do świata śmiertelników, świata, który mimo wszystko pozwala Dorze zachować swoje człowieczeństwo.. Na koniec zostawiam sprawy techniczne. Aneta Jadowska pisze lekko, Złodzieja dusz czyta się niezwykle szybko, praktycznie bez zastanowienia. Książka jest więc doskonałym czasoumilaczem, pozwala na oderwanie od rzeczywistości. Samo wydanie nie jest jakieś wybuchowe, może, jak na Fabrykę Słów, trochę rozczarowujące. Poza tym już na pierwszy rzut oka widać, że pierwszy i drugi tom Heksalogii o Wiedźmie, do siebie nie pasują. Co ciekawe, to nie jedyna wpadka FS - to samo stało się między innymi z serią Ola i Otto (Odnaleźć swą drogę i Wybór). Ale jest to wyłącznie moja subiektywna opinia. Przyszła pora na narzekanie. Zacznę od tego, jakie miałam oczekiwania co do książki Anety Jadowskiej. Liczyłam na dobre, treściwe fantasy, napisane w porządny, choć nie doskonały sposób (to ostatnie się zgadza). Liczyłam na wątek romansowy, niecodzienne przygody i bohaterów (dwa ostatnie również da się tu dostrzec). Chciałam też książkę ociekającą humorem, ale takim naturalnym, niewymuszonym. Wiedząc, że w Złodzieju dusz pojawiają się anioł i diabeł, oczekiwałam, że ich kreacje będą... ostro zarysowane, może nieco zaskakujące. Teraz rozliczam Jadowską z moimi oczekiwaniami. Humor. Jest, ale jakoś żarty autorki do mnie nie trafiają. O ile zgadzam się, że jedynie słuszne radio to zło, tak powtarzanie tego kilka razy nie jest uzasadnione. Dora miała być zabawna, a w pewnych momentach jest nieco żałosna. I to nie tylko w kwestii swojego poczucia humoru. Czasami zachowuje się jak silna kobieta, pewna swych umiejętności, a już za chwilę przypomina rozkapryszoną nastolatkę. Kuleją też Miron i Joshua. Diabeł jest mało diabelski, troszkę rozmemłany, skryty w cieniu Dory. Oczekiwałam zupełnie innego bohatera! Takiego, który w niczym nie ustępuje wiedźmie, jest potężny i pewny siebie. Taki, który śmiało sięga po to, czego w danym momencie pragnie. Joshua z kolei podpadł mi uczuciem do Dory i początkowym, znowu użyję tego słowa, rozmemłaniem. Dopiero, gdy Dora potrzebuje jego pomocy, widać w nim jakąś siłę. Wątek romansowy? Brak. Podchody Mirona i Dory w pewnym momencie stają się nie do zniesienia. Oczywiście, brak uczuć nie jest żadną ujmą dla książki. Czasem wręcz przeciwnie. Ale jak miałam porównać Złodzieja dusz i moje oczekiwania, to muszę o tym wspomnieć. Dochodzi do tego jeszcze wątek Dory i Joshui. Ale chyba nie chcę o tym nic pisać. Jak więc mogę podsumować Złodzieja dusz? Nieprzeciętny pomysł, lekka historia, szybka akcja. Pewne braki. Nietrafiający do mnie humor, zaniedbane kreacje bohaterów, kilka momentów, które wywołały u mnie uśmieszek politowania. Ciekawy wątek Witkacego. Razem - książka nieco niedopracowana, nieco rozczarowująca (mnie), ale z drugiej strony doskonała na nudny wieczór. Czy ją polecam? Raczej tak, ale nie należy jej traktować jako arcydziełka polskiej literatury fantasy. Na pewno też sięgnę po Bogowie muszą być szaleni. Nauczyłam się dawać drugą szansę.

Zimowy monarcha

Zimowy monarcha - Bernard Cornwell Powieści historyczne to ta część literatury, w której, zaraz po fantastyce, czuję się najlepiej. Stare legendy, gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją, wielcy bohaterowie, krwawe bitwy i pełna niebezpieczeństw przygoda to dla mnie gwarancja doskonałej rozrywki. Dlatego, gdy usłyszałam o Bernardzie Cornwellu, wiedziałam, że jak najszybciej muszę zdobyć jego książki. Moim pierwszym pożądanym łupem była Trylogia Arturiańska, bo dzieje tego legendarnego rycerza mocno do mnie ostatnio przylgnęły. W Zimowym monarsze narrację prowadzi sędziwy już Derfel, kiedyś wierny rycerz Artura, świadek losów dawnej Brytanii. Z perspektywy czasu przyjdzie mu nie tylko opowiedzieć te burzliwe lata, ale i dokonać ich oceny. A wszystko zaczyna się pewnej zimowej nocy, kiedy rozdzierający krzyk Norwenny zwiastuje narodziny królewskiego potomka. Po tragicznej śmierci Mordreda, wielki władca Uther Pendragon, całe swe nadzieję pokłada w swoim nowo narodzonym wnuku. Chłopiec rodzi się przy pomocy magii, a wszystkie towarzyszące tej chwili znaki wskazują, że jego życie pełne będzie przeszkód. Pierwszą widoczną już oznaką nieszczęść jest deformacja stopy, która w świece pełnym przesądów i bezwzględności, skazuje następce tronu na niebezpieczeństwo. Czy kaleka może rządzić krajem? Czy nie ma nikogo, kto sprawowałby tę funkcję lepiej? Wielu pragnie zasiąść na tronie Brytanii. Jednym z kandydatów mógłby być Artur, królewski bękart, odsunięty od dworu, skazany na wygnanie. Jak na ironię tylko on będzie w stanie uchronić małego Mordreda przed śmiercią z rąk możnych panów, śmiało snujących wizję o własnej koronacji. Artur zna swoje przeznaczenie. Wie, że jako nieślubne dziecko Uthera, nie może go zastąpić. Wie też, że musi zrobić wszystko by bronić swojej ojczyzny zarówno przed Saksonami, jak i wojną domową. Zgodnie z legendą, Cornwell rysuje swojego głównego bohatera na osobą honorową, odważną i silną. Artur łatwo zjednuje sobie przyjaciół, czaruje nie tyle urodą, co naturalną dobrocią i sprawiedliwością. Szaleństwo mogą obudzić w nim tylko dwie rzeczy - wojna i miłość. Jego marzeniem jest silna i zjednoczona Brytania, ale droga ku temu wymaga wielu krwawych bitew. Cichym (przynajmniej w pierwszym tomie trylogii Conwella) bohaterem wydarzeń jest również legendarny Merlin - czarownik, druid, wyznawca dawnej religii. Nie interesują go wojny, choć Artur i Derfel to jego podopieczni. Nadrzędnym celem, który pragnie osiągnąć jest wezwanie obecnych kiedyś w Brytanii bogów. Z ich pomocą chce przywrócić porządek sprzed panowania Rzymian. Na razie jednak musi odnaleźć Trzynaście Skarbów, klucza do Mądrości Bogów. Zimowy monarcha obfituje w znane z legend i historii postacie. Oprócz idealnego Artura czy ironicznego Merlina, znajdzie się tu miejsce dla Ginewry czy Lancelota. Każdy z pojawiających się w książce bohaterów, ma ogromny wpływ na dalsze losy średniowiecznego świata. A wydarzyć może się w nim dosłownie wszystko. Bernard Cornwell budzi do życia wiele postaci, które ukazane są dosyć szczegółowo. To jedna z mocnych stron powieści. Nie ma tu miejsca na żadne niedociągnięcia, wszystko wydaje się być dopracowane, pełne, doskonałe. Bohaterowie wpasowują się w specyfikę mrocznych wieków, a ukazane wydarzenia świetnie oddają ich klimat. W Zimowym monarsze nie ma miejsca na nudę. Wielość wątków i zdarzeń buduje powieść niezwykle treściwą. Dawna legenda przekształca się w autentyczną historię. I chociaż ciągle obecna jest tu magia, tak ukazane przez Cornwella wydarzenia mimo wszystko wydają się rzeczywiste. Tych znamion realności dostarcza też krytyczne spojrzenie na ukazane postacie i wydarzenia. Ideały mają wreszcie swoje słabe strony, nieskazitelne dusze ubytki, a heroiczne walki swoją krwawą, bezwzględną stronę. Zimowy monarcha to zupełnie nowe spojrzenie na Artura i czasy jego panowania. Zimowy monarcha to książka niemal doskonała. Akcja wciąga i nie pozwala na powrót do rzeczywistości. Czytelnik nie wie, co się wydarzy, jak potoczą się losy Artura, Derfela, Merlina. Nie wie kto na następnej stronie straci życie, a w kolejnym rozdziale zyska koronę. To budowanie napięcia skutecznie przyciąga, a zakończenie pierwszego tomu zmusza do sięgnięcia po kolejne. Trylogia Arturiańska jest więc przygodą długoterminową, dodatkowo zachęcającą do twórczości Bernarda Cornwella. A książek wydał on sporo. I bardzo dobrze!

Wybór

Wybór - Aleksandra Ruda Chyba każdy czytelnik zna ten ból - wspaniała, wciągająca książka, bohaterowie, których życiem żyje się przez długi czas. I to nieznośne oczekiwanie na kolejny tom. Czy to na jego zakupienie, wypożyczenie, i o zgrozo, kolejne wydanie. A co jeśli wydawnictwo nie ma na razie w planach wydania kontynuacji? Wtedy okazuje się, że nasza determinacja w jej zdobyciu jest na prawdę ogromna. Tak też stało się ze mną i Aleksandrą Rudą. "Odnaleźć swą drogę" tak mnie pochłonęło, że nie mogłam sięgnąć po inną książkę, dopóki nie dowiem się jakie są dalsze losy Oli, Otto, Irgi. Po wielu poszukiwaniach "Wybór" wreszcie znalazł się w moim posiadaniu. Drugi tom przygód Oli i Otto dalej przedstawia dzieje tej niecodziennej pary młodych magów. W życiu Oli na stałe zagościł też Irga. O ile w pierwszym tomie wątek miłosny istniał nienachalnie, tak drugi tom zawiera go znacznie więcej. Ale to akurat działa na plus. Oczywiście nic w życiu bohaterki nie przychodzi łatwo, ciągle pakuje się ona w nowe kłopoty i przygody. Także rodzące się uczucie sprawia jej wiele problemów - głównie musi ona uporać się z własnym, ciężkim charakterem. Na końcu "Odnaleźć swą drogę" Irga wyjeżdża. Ola musi znosić więc trudy związku na odległość. Jednak dziewczyna nie próżnuje. Wraz z Otto muszą ciężko pracować i udoskonalać swoją profesję. Co więcej - muszą utrzymać się na ciężkim rynku dostawców alkoholu. Przyjaciele, jak to już jest w ich zwyczaju, nie jeden raz ocierają się o śmierć, a lista ich wrogów ciągle się wydłuża. Nie brakuje też oczywiście niebezpiecznych magicznych eksperymentów, które przynoszą różne skutki. Bohaterowie przekonują się, że życie przynosi wiele niespodzianek i nieprzewidzianych zwrotów, które niekoniecznie są pożądane... Czytając "Wybór" nie ma się poczucia, że książka była pisana na siłę. Cała akcja jest po prostu naturalną kontynuacją losów głównych bohaterów. Liczne zdarzenia w życiu Oli, Otto i Irgi, które mogą wydawać się przesadzone, nie są bowiem niczym nowym. Do tego przyzwyczaiło nas "Odnaleźć swą drogę". Drugi tom skupia się więc i na studenckich "wybrykach", obieraniu zawodowej drogi, dokształcaniu, przyjaźni, miłości i trudach dorosłego już życia. Aleksandra Ruda włożyła więc w swoją książkę wiele wątków. Ale czy to przeszkadza w czytaniu? Oczywiście nie. Co prawda ciągle ma się wrażenie, że niektóre zdarzenia są zaniedbane, inne z kolei za bardzo rozbudowane, ale ośmielę się stwierdzić, że "Wybór" jest nieco lepszy od swojej poprzedniczki. Może nawet więcej niż "nieco". Co się zmienia? W głównej mierze sama kreacja głównej bohaterki. Ola nie jest już tak irytująca. A może to po prostu coś na kształt przyzwyczajenia do postaci, jakie wyniosło się z pierwszej części. Jednakże ma się silne wrażenie, że autorka do "Wyboru" bardziej się przyłożyła. "Wybór" więc, tak jak poprzedni tom, jest gwarancją wspaniale spędzonych godzin. Książka niestety ma poważny efekt uboczny - od razu chce się sięgnąć po kolejny tom, a dalsze losy bohaterów nie pozwalają myśleć o niczym innym. Ale dla mnie ten efekt uboczny jest bardzo pożądany. No i w końcu Fabryka Słów wyda "Wybór" !

Wygnana Królowa

Wygnana Królowa - Cinda Williams Chima Zasada jest prosta - pierwszy tom czy część zawsze jest najlepsza. Każdy z nas zna chociaż jedną filmową serię, która nie powinna mieć swojej kontynuacji. Wszyscy też znamy serial, w którym każdy kolejny odcinek jest coraz gorszy. A z ekranu bardzo blisko do papieru. Wiele książek zachwyca nas pierwszym tomem, co skutkuje tym, że wręcz w błyskawicznie musimy sięgnąć po następny. A wtedy spotyka nas gorzkie rozczarowanie. Na szczęście większość pisarzy stara się trzymać poziom do końca. Co jednak zrobić, gdy już pierwszy tom nie przypada nam zbytnio do gustu? Odpowiedź szybko nam się nasuwa - nie ma sensu męczyć się z kolejnymi tomami. Jednak teraz, kiedy przeczytałam Wygnaną królową, zastanawiam się jak wiele takim myśleniem straciłam. Dlaczego? No cóż - moje pierwsze spotkanie z twórczością Cindy Williams Chimy było dosyć nużące. Co prawda sama historia wydawała się interesująca, jednak w Królu Demonie brakowało pewnej iskierki, która przyciąga nas do książki jak magnes. Gdy w mękach dotarłam do ostatniej strony, stwierdziłam: nie ma mowy, że sięgnę po kolejny tom już teraz. Jeśli w ogóle sięgnę. Ale! w moim życiu nic nie dzieje się tak, jak sobie zaplanuję. Dlatego, gdy Wygnana królowa leżała sobie pięknie wyeksponowana na bibliotecznym stoliku, zaryzykowałam. I na moje cholerne nieszczęście, nie wzięłam od razu następnego tomu! Wygnana królowa rozpoczyna się niemal w tym samym miejscy, w którym skończył się Król Demon. Han Alister wraz ze swoim przyjacielem Tancerzem, zmierzają w stronę Oden's Ford, gdzie mają podjąć naukę na tamtejszej akademii. Ciągle po piętach depczą im Bayarowie, pragnący odzyskać potężny amulet i oczywiście zemścić się na Alisterze. Do Oden's Ford wędruje też księżniczka Raisa. Dziewczyna ucieka nie tylko przed małżeństwem, ale i przed zagrożeniem, jakie ten związek by przyniósł - wojną. W ucieczce z Fells pomaga jej oddany przyjaciel Amon. Raisa, pod przybranym nazwiskiem Rebeki Morley, podejmuje naukę w szkole wojskowej, co jak na przyszłą królową, jest wyborem mocno zaskakującym. Studenckie życie niesie za sobą wiele wyzwań. Intensywna nauka czy społeczne uprzedzenia nie raz przysporzą naszym bohaterom masę problemów. Poza tym ani Raisa ani Alister nie odnajdą w Oden's Ford spokoju. Wszystko, przed czym uciekają, przybywa wraz z nimi. Han przez cały czas musi walczyć z Micahem Bayarem i radzić sobie z wyczerpującą nauką z tajemniczym Krukiem. Raisa z kolei, oprócz problemów sercowych, mocno odczuwa odpowiedzialność jaka na niej ciąży. Ma też wyrzuty sumienia, że opuściła Fells, swoją rodzinę i poddanych. Jak można się spodziewać, ścieżki Raisy i Alistera w końcu się spotkają. Ciągle jednak nie będą wiedzieli o sobie wszystkiego. Księżniczka dalej ukrywa swoje pochodzenie, zwłaszcza, że poznaje historię Hana. Ale to wszystko zmierza do finalnego rozwiązania. Wygnana królowa kończy się w najbardziej burzliwym momencie. Efekt - żal, że nie mamy pod ręką trzeciego tomu! Po raz kolejny muszę to podkreślić - Wygnana królowa to znacznie lepsza książka niż Król Demon. Więcej się dzieje, lepiej poznajemy bohaterów, ich losy komplikują się na tyle, że pragniemy poznać ich dalszą historię. Chcemy też wiedzieć jak ułożą się relacje pomiędzy Hanem i Raisa, co stanie się, gdy chłopak odkryje, że zakochał się w przyszłej królowej Fells. Poza tym świat Wygnanej królowej staje w obliczu wojny. Chaos już się rozprzestrzenia, a nasi bohaterowie będą musieli jakoś nad nim zapanować. Wygnaną królową czyta się już z wypiekami na twarzy. Co prawda nie są one byt wielkie, ale w porównaniu z wrażeniami z Króla Demona, to totalna odmiana. Chima włożyła w ten tom znacznie więcej serca, cała historia nabiera tempa, a bohaterowie stają się bardziej dojrzali. Wydarzenia z Wygnanej królowej zapowiadają, że Tron Szarych Wilków będzie jeszcze ciekawszy. A widząc różnicę pomiędzy pierwszym a drugim tomem, można przypuszczać, że ten trzeci pochłonie nas bez reszty. Całe szczęście, że już w marcu pojawi się Karmazynowa korona! Dzięki autorce cyklu Siedem królestw wiem, że nie można sugerować się jedynie pierwszym tomem. Trzeba dać szansę całości. Ale na te szansę zasługują jedynie książki, którym do ideału niewiele brakuje. Nie oszukujmy się - dziełko, w którym autor nie panuje nad słowami, akcją i bohaterami, nie zmieni się w arcydzieło, wraz z kolejnymi tomami.

Wytrącony z równowagi

Wytrącony z równowagi - Jeremy Clarkson Fanom motoryzacji Jeremy'ego Clarksona nie trzeba przedstawiać. Miłośnikom telewizyjnych programów, pełnych dobrego humoru, również. Top Gear to obecnie najpopularniejszy magazyn motoryzacyjny, oglądany na całym świecie. Wraz z Richardem Hammondem i Jamesem Mayem, Clarkson poddaje samochody niemal irracjonalnym testom. I choć prezentują oni głównie maszyny pozostające poza zasięgiem zwykłego człowieka, to od wielu lat brytyjskie trio przyciąga miliony widzów. Wytrącony z równowagi to kolejna książka Clarksona, będąca zbiorem felietonów. Te kilkadziesiąt tekstów to jednak nie tylko ocena konkretnego samochodu, ale i analiza współczesnego świata. Jeremy Clarkson nie pozostawia suchej nitki na brytyjskim rządzie i jego absurdalnych pomysłach dotyczących przepisów drogowych. Dziennikarz poddaje też w wątpliwość modę na ekologiczne samochody, poziom umiejętności angielskich kierowców, a w jego tekstach nie raz do głosu dochodzą stereotypy. A co z samymi samochodami? Cóż, w każdym z felietonów poświęca im zaskakująco (jak na tekst z rubryki motoryzacyjnej) mało czasu. Jednak zawsze jego oceny odchodzą od ogólnie przyjętych schematów. Jeremy Clarkson dłużej będzie się rozwodził nad niedziałającą nawigacją czy słabą synchronizacją z iPodem, niż nad osiągami albo wielkością bagażnika. Charakterystyczne jest jednak to, że w każdym samochodzie stara się znaleźć jakiś pozytyw. Sprawne wycieraczki na przykład. Ten, kto nigdy nie oglądał Top Gear i nie poznał Jeremy'ego Clarksona, rzuci tę książkę w kąt. Nie wzbogaci ona za wiele naszą wiedzę o samochodach, już na pewno nie pomoże w ich zakupie. Jedak dla tych, którzy uwielbiają działalność i humor Clarksona, Wytrącony z równowagi będzie świetną książką do zapełnienia wolnego czasu. Trudno bowiem przeczytać ją za jednym zamachem. Trzeba ją dozować, traktować jako przerwę w czytaniu innego dzieła. Teksty Clarksona są perfekcyjne pod każdym względem. Kąśliwe uwagi, zaskakujące porównania, łączenie różnorakiej tematyki. Dodając do tego inteligencję i bogatą wiedzę autora, otrzymujemy doskonałą rozrywkę. Ponadto wszystko okraszone jest doskonałym humorem. No i ta jego życiowa filozofia... Jednak Wytrącony z równowagi ma jedną wadę. Zawarte w książce felietony pochodzą aż z 2008 roku. Trochę dużo, biorąc pod uwagę to, jak szybko obecnie rozwija się technika. Ale dla miłośników Jeremy'ego Clarksona nie powinno stanowić to wielkiego problemu - oglądając Top Gear jest się bowiem na bieżąco, a Wytrącony z równowagi to po części uzupełnienie programu. Wytrącony z równowagi to niewątpliwie książka skierowana do fanów Jeremy'ego Clarksona, a tych na pewno nie brakuje. Osobiście uwielbiam całą ekipę To Gear i każde spotkanie z nimi, nie ważne czy na ekranie czy podczas czytania, to gwarancja doskonałej rozrywki.

Wojna w Blasku Dnia, księga I

Wojna w Blasku Dnia, księga I - Peter V. Brett Peter V. Brett zjednał już sobie rzeszę czytelników. Cykl Demoniczny zapoczątkowany Malowanym człowiekiem ukazał nam świat, w którym króluje strach. Po zmroku nikt nie może czuć się bezpiecznie. Ale jeden chłopak pragnie wreszcie podnieść się z kolan i stanąć do walki z Otchłańcami. Arlen, widząc śmierć swej matki i bezczynność ojca, postanawia zrobić wszystko, by już nigdy nie utracić ukochanej osoby. Przechodzi długą drogę by stać się... No właśnie - kim? Wybawicielem? On sam nie znosi tego miana, ale jego czyny świadczą o tym, że nadszedł czas walki. Zielony Zakątek już pokazał, jak wielka siła drzemie w człowieku. Czy jednak Wolne Miasta odeprą atak nie tylko demonów, ale i Jardira - krasjańskiego przywódcy, samozwańczego Wybawiciela oraz niegdyś przyjaciela Arlena? Wojna w blasku dnia zbliża się nieubłaganie. Wraz z nią rozpoczynają się polityczne rozgrywki, pałacowe intrygi i walka o wpływy. Każdy chce zaznaczyć swą pozycję. Zetrzeć mają się także dwie całkowicie odmienne kultury. Czy w zgiełku przygotowań jest jeszcze miejsce na prawdę i szczerość? Czy walka między ludźmi przyćmi tę najważniejszą - z Otchłańcami? Wszystko wskazuje na to, że Naznaczony i Jardir zmierzą się w śmiertelnym pojedynku. Ci, którzy mogą przynieść spokój i bezpieczeństwo, nie widzą szans na pojednanie. Jednak zanim los skrzyżuje ich ścieżki, przyjdzie im dokonać wielu ważnych wyborów. Wyborów, które ukształtują ich charaktery. Tym, którzy nie sięgnęli jeszcze po Pustynną włócznię, spieszę donieść, że Cykl Demoniczny nie jest serią, w której głównym bohaterem jest Arlen. Na bok z czasem schodzą też Leesha i Rojer. Wraz z rozwinięciem akcji, na planie powieści pojawia się coraz więcej postaci. Każda z nich ma istotny wpływ na przebieg wydarzeń, każda ma swoje własne plany i ambicje. Ci, którzy w Malowanym człowieku byli jedynie kilku zdaniowym wspomnieniem, teraz otrzymują od Bretta sporą przestrzeń. Przyjdzie nam poznać dzieje Jardira, Inevery czy Renny. Dzięki temu lepiej rozumiemy ich działania, wiemy co pchnęło ich do określonych zachowań i jakie są ich ambicje. Bowiem na kartach Wojny w blasku dnia każdy tę ambicję posiada. To, co jest charakterystyczne dla serii Bretta, to ewolucja bohaterów. Każda z postaci przechodzi wielką metamorfozę. Tę prawidłowość widać już na przykładzie Arlena. Z wiejskiego chłopaka, bojącego się zmierzchu, zmienia się w Naznaczonego - człowieka silnego, odważnego i pewnego siebie. W Pustynnej włóczni w końcu przyjedzie odnaleźć mu utracone na rzecz runów człowieczeństwo. To, co zapoczątkowała Leesha, teraz kontynuuje Renna. Ale Brett na tym nie poprzestaje. Arlen schodzi na dalszy plan, a przed szereg wybija się tym razem Inevera. Wojna w blasku dnia przybliży nam jej osobę, ukaże jej drogę do władzy i wszystkie, nawet te najbardziej skryte pragnienia. Dostrzeżemy jej różne oblicza. Ale to już nie powinno zaskoczyć wiernych czytelników Cyklu Demonicznego. Z resztą nie tylko bohaterowie ewoluują. Sam Peter V. Brett dojrzewa wraz z każdą kolejną powieścią. Te subtelne zmiany w jego stylu, sprawiają, że Pustynna włócznia jest lepsza niż Malowany człowiek, a nad tymi dwoma góruje Wojna w blasku dnia. Autor zgrabnie wplata kolejne wątki, umiejętnie kreuje swe postacie i dokładnie je charakteryzuje. Pozwala nam też dostrzec te same wydarzenia oczami różnych bohaterów, dając pełny obraz wydarzeń. Jedyna wada tej części cyklu wiąże się jednak z kreacją jednej z bohaterek - Leeshy. Jakoś nie do końca pasuje mi do niej obraz bezwzględnej kobiety, pragnącej swoim ciałem kupić korzystne decyzje i wpływy. Z pewnej siebie, a jednocześnie skromnej Zielarki, rodzi się kobieta świadoma swoich wdzięków, które wykorzystuje dla własnych korzyści. Brett zaskakuje na każdym kroku. Kiedy mamy w głowie ułożony scenariusz dalszych losów bohaterów, autor wprowadza nieoczekiwane zmiany, burzy nasze schematy i, co zaskakujące, pokazuje, że takie rozwiązanie jest znacznie lepsze. Wojnę w blasku dnia czyta się więc z wypiekami na twarzy, każda kolejna strona przynosi nowe emocje i rozbudza wyobraźnię. Świat powieści to doskonała kreacja, dopracowana w najmniejszym szczególe oraz złożona z wielu warstw. Brett umiejętnie przedstawia starcie dwóch odmiennych społeczności i kultur, znajdując w pozornych antagonistach wspólny pierwiastek. Wielowątkowość nie pozwala się nudzić, wnosi do powieści świeżość i zaskoczenie. Wojna w blasku dnia do doskonała kontynuacja poprzednich tomów cyklu. Czyta się ją niezwykle przyjemnie, w każdym zdaniu wyczuwa się zaangażowanie autora i ogrom pracy. Hipnotyzująca okładka przyciąga nasz wzrok i zapowiada wspaniałą zawartość. Tym, którzy jeszcze nie zaznajomili się z twórczością Petera V. Bretta polecam jak najszybsze udanie się do księgarni czy biblioteki po własny egzemplarz. A tych, którzy zdążyli już poznać Cykl Demoniczny na pewno nie trzeba zachęcać po sięgniecie po Wojnę w blasku dnia. To świetna powieść, fantastyczna kontynuacja i porządna dawka emocji!

Winter

Winter - Asia Greenhorn Moja biblioteka jest dosyć specyficzna jeśli chodzi o kategoryzację książek. Przez kilka lat żyłam w nieświadomości, że to, co znajduje się na półce oznaczonej horror, nie zawsze spowoduje, że w nocy będę się bała pójść łazienki, a każdy, nawet najmniejszy odgłos przyprawi mnie o zawał. Dlatego też coraz częściej zaglądam do tego schowanego w kącie miejsca. I czasem jakaś książka skutecznie przyciągnie moją uwagę - tak, jak zrobiła to Winter. Naprawdę ciężko przejść koło takiego wydania obojętnie! To, że wampiry to bardzo modne stworzenia, wie każdy. I bardzo przystojne stworzenia. Cudowne oczy, czarujący uśmiech i ujmujący sposób bycia to cechy charakterystyczne tego drapieżcy. Książkowe wampiry przybierają w naszej wyobraźni rozmaite kształty - przez dojrzałych Brada Pitta i Toma Cruise'a po współczesnych Roberta Pattinsona, Iana Somerholdera czy Paula Wesley'a. Znajomość tych panów może się też przydać podczas czytania Winter. Tak, to kolejna książka z wampirami w tle. I to tło podkreślam dosyć mocno. Dlaczego? Bo obecność tych istot to ważny wątek książki Greenhorn, ale niezbyt nachalny. Jednakże może to być zarówno pozytywną, jak i negatywną cechą Winter. Ale po kolei. Schemat powieści z wampirami jest nam wszystkim znany. Młoda dziewczyna z burzliwą przeszłością, trzymająca się na uboczu poznaje zabójczo przystojnego chłopaka z mroczną tajemnicą. Przyciągają się i odpychają, kochają i nienawidzą. W końcu pokonują wszelkie przeciwności by móc być razem - pomimo sprzeciwu społeczeństwa. Asia Greenhorn do tego tematu podchodzi mniej więcej tak samo. Główna bohaterka Winter przybywa do małego, walijskiego miasteczka, po tym, jak jej babcia ulega nico tajemniczemu wypadkowi, który skutkuje śpiączką. Opiekę nad dziewczyną przejmuje rodzina Chiplinów. Ich troje dzieci szybko zaprzyjaźnia się z Winter, a ich syn - Gareth, nie ukrywa, że nowy mieszkaniec bardzo mu się podoba. Główna bohaterka dosyć szybko przechodzi fazę buntu i sprawnie włącza się w społeczność Cae Mefus. Jednak już od początku jej pobytu w walijskim miasteczku, Winter dostrzega, że nie jest to miejsce bez skazy. Tajemnicze napady, którego sama staje się ofiarą, pozwalają wysnuć przypuszczenia, że mieszkańcy mają swoje mroczne tajemnicze. Dodatkowo spotkanie z przystojnym Rhysem i ostrzeżenia Garetha, popychają Winter do prywatnego śledztwa. Dziewczyna wkrótce wpadnie na trop, który całkowicie zmieni jej życie. Wydarzenia z przeszłości, tajemnicza śmierć rodziców i w końcu odziedziczony po ojcu naszyjnik to tylko początek problemów, z którymi przyjdzie się jej zmierzyć. Nie można oczekiwać, że Winter będzie książką doskonałą, pozbawioną wad, wciągającą, napisaną doskonałym językiem i zachwycającą świetnymi kreacjami bohaterów. Asia Greenhorn skierowała swoje dzieło głównie do nastolatek, które sięgając po Zmierzch rozpoczęły przygodę nie tylko z paranormal romance, ale i literaturą w ogóle. Winter opiera się na podobnym schemacie co książka Meyer, na szczęście jednak autorka zminimalizowała ilość żenujących scen i wątków. Pisałam wcześniej, że wampiry to tło, że ich obecność nie jest nachalna. Oczywiście bez nich ta książka nie istnieje. Ale w Winter najważniejsza jest sama bohaterka. Na szczęście nie przejawia też ona obsesyjnej chęci pozostania krwiopijcą. Z resztą dosyć długo żyje w nieświadomości, co tak naprawdę gnębi Cae Mefus. Oczywiście można się przyczepić do tego, że nic nie wiemy o pochodzeniu wampirów, ich racji bytu w walijskim miasteczku czy o tak prozaicznych kwestiach, jak czosnek, światło dzienne i spanie w trumnach. W Winter nie ma to większego znaczenia, a rozszerzenie powieści o historię wampirów, skutecznie odwróciłoby uwagę od nastoletniej bohaterki. Sama Winter to postać dosyć obszernie scharakteryzowana. Nie irytuje i nie wzbudza pełnego politowania uśmieszku. Asia Greenhorn w ogóle dosyć sprawnie poradziła sobie z kreacją swoich bohaterów. Z resztą - cała powieść jest dobrze napisana. Jak wspomniałam nie jest to arcydzieło światowej literatury, ale porządne czytadło (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Losy Winter wciągają, chcemy poznać wszelkie jej tajemnice i sekrety samego miasteczka. Kibicujemy bądź Rhysowi bądź Garethowi, szukamy ukrytych informacji i próbujemy przejrzeć niecne zamiary czarnych charakterów. Osobiście, przez ponad połowę książki, nie mogłam się od niej oderwać. Później mój zapał nieco osłabł, ale nie jestem pewna źródła tego spadku zainteresowania. Niemniej jednak Winter to świetna powieść by oderwać się od naszego szarego świata. Na pewno też sięgnę po dalszą część przygód Winter - Silver, która ukaże się już w lutym!

Więzień Nieba

Więzień Nieba - Carlos Ruiz Zafón Uwielbiam twórczość Carlosa Ruiza Zafóna! Cień wiatru, Gra anioła czy książki z serii młodzieżowej były dla mnie doskonałą rozrywką, trzymającą w napięciu do samego końca. Hiszpański pisarz wywoływał u mnie niepokój, którego nie doświadczyłam przy żadnej innej lekturze. Sięgając po najnowszą powieść Zafóna Więźnia nieba byłam wręcz pewna, że się nie zawiodę. Że dalej będę podtrzymywała swoją entuzjastyczną ocenę autora. Ale jakże się pomyliłam! Naprawdę nie wiem co się stało, że ta książka jest tak słaba - jak na możliwości pisarza oczywiście. Więzień nieba mocno odstaje od swoich poprzedników i pierwszy raz jestem zmuszona do napisania niezbyt pochlebnej opinii. Więzień nieba nawiązuje do dwóch książek Zafóna: Cienia wiatru i Gry anioła. Na szczęście ich nieznajomość bądź luki w pamięci czytelnika nie przeszkadzają w odbiorze najnowszej powieści. Choć nieco utrudniają dokładne zrozumienie dzieła. Niemniej jednak znowu spotykamy się z Danielem Sempre, który po burzliwym okresie młodości, wreszcie wiedzie w miarę spokojne życie. Ma żonę i syna. Pomaga ojcu w prowadzeniu księgarni, która powoli zbliża się do granicy upadłości. W interesie pomaga im też przyjaciel Daniela Ferimin. I to właśnie wokół niego zawiąże się cała akcja książki. Bohater ten skrywa niezbyt kolorową i szczęśliwą przeszłość, która oczywiście w końcu musi wyjść na jaw. Demony minionych lat budzi tajemniczy mężczyzna - kupuje on najdroższe wydanie Hrabiego Monte Christo i pozostawia je w rękach Daniela wraz z dziwną notatką. Fermin musi więc rozliczyć się z przeszłością, naprawić dawne błędy i przede wszystkim wyjaśnić wszystko swojemu najlepszemu przyjacielowi. Bo historia życia Fermina bardzo mocno splata się z losami Daniela. Co najbardziej zniechęciło mnie do tej książki? Już widząc samo wydanie byłam pełna obaw. Cykl Cmentarz Zapomnianych Książek to przecież masywne dzieła, napisane niewielką czcionką, a więc utwory wymagające sporego nakładu czasu. Więzień nieba to zaledwie połowa Cienia wiatru w dodatku każda ze stron zawiera niewielką ilość tekstu. Książkę przeczytałam w jakieś cztery (!) godziny. Jak się to ma do dni poświęconych na Cień wiatru i Grę anioła? Ale to są rzeczy mało istotne. Największymi wadami Więźnia nieba są całkowity brak akcji oraz zafonowskiej magii. Książka ta jest właściwie spowiedzią Fermina, ciągnącą się czterysta stron. Monotonna, nieciekawa historia całkowicie pozbawiona jest napięcia. Nie ma też tutaj poczucia niepewności, strachu, niepokoju. Wydarzenia nie noszą znamion niecodziennych, czego można było oczekiwać wraz z pojawieniem się tajemniczego mężczyzny w księgarni Daniela i jego ojca. W Więźniu nieba zupełnie nic się nie dzieje! Dlaczego? Wyjaśnieniem mogą być ostatnie słowa Daniela: Kocham cię - mówi i całuje ją, wiedząc, że historia, jego historia, jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła. Czym jest więc Więzień nieba? Swego rodzaju zapchaj dziurą. Ostatnia z książek cyklu o Cmentarzu Zapomnianych Książek ukazała się aż cztery lata temu. Nie wiem czy Zafón odczuwał jakąś presję i zafundował nam dość mizerny twór by tylko podtrzymać zainteresowanie czytelników czy też dopadł go mały kryzys twórczy. Szczerze mówiąc liczę na tą drugą opcję. I liczę też na to, że kolejna książka hiszpańskiego pisarza będzie już o wiele, wiele lepsza niż Więzień nieba. Wyjaśnię jeszcze jedną rzecz. Dla osób, które nie znają twórczości Zafóna będzie to pewnie książka w jakimś stopniu interesująca, nie wymagająca myślenia, lekka i przyjemna. Nie twierdzę, że Więzień nieba to totalny gniot. Jednak dla mnie, osoby znającej każde dzieło tego pisarza, jest to utwór bardzo przeciętny.

Tygrysie Wzgórza

Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna Kiedy w bibliotece widzi się książkę, o której pisał co drugi blog, to nie ma się nad czym zastanawiać. Gdy więc zobaczyłam Tygrysie Wzgórza na półce, szybko zgarnęłam je dla siebie. Pomimo tego, że nie jestem ogromną miłośniczką powieści obyczajowych połączonych z rozbudowanym, romansowym wątkiem. Wszystko to się na mnie zemściło - Sarita Mandanna niesamowicie mnie zmęczyła. Autorka przenosi nas do XIX wiecznych Indii. Główną bohaterkę, Dewi, poznajemy już w chwili narodzin. Dziewczynka od najmłodszych lat zachwycała wszystkich mieszkańców rodzinnej wioski swoją nieprzeciętną urodą i dobrocią. Skradła też serce towarzysza dziecięcych zabaw - Dewannie, przełamując jego nieśmiałość i niechęć do ludzi. Już wtedy, kiedy oboje mieli zaledwie kilka lat, wiadome było, że ich losy złączą się aż do samej śmierci. Na razie jednak wywodzący się z bogatej rodziny chłopiec wykazuje się na polu nauki. Szybko przyswaja nową wiedzę, nie ma trudności z matematyką czy nauką języków. Dzięki rodzinnemu majątkowi i pomocy miejscowego misjonarza, dostaje się na prestiżowy indyjski uniwersytet. Wraz z przekroczeniem progu uczelni, życie Dewanny zmienia się koszmar... W tym samym czasie Dewi snuje marzenia o przystojnym pogromcy tygrysów - Macu. Poznany wiele lat wcześniej mężczyzna, zawładnął sercem dziewczyny. I choć dzieliła ich różnica wieku czy pochodzenie, to nastoletnia Dewi wiedziała, że kiedyś połączy ich miłość. Zanim to się jednak stanie, musi odmawiać kolejnym prośbom o małżeństwo, narażając się nie tylko na niechęć rodziny, ale i całej społeczności. Obsesja, która wydawała się nie mieć przyszłości, w końcu staje się rzeczywistością. Pomiędzy piękną Dewi i odważnym Macu rozkwita uczucie, które zostaje brutalnie przerwane pewnego poranka. Tygrysie Wzgórza to historia nieszczęśliwej miłości, niespełnionych marzeń i nadziei. To powieść pełna bólu i wzajemnych oskarżeń. To także obraz pełnej przesądów indyjskiej społeczności, zmagającej się z brytyjskim panowaniem. Każdy z pojawiających się w książce bohaterów przyciąga nieszczęścia jak magnes. Dewi, Dewanna, Macu, ich rodziny oraz znajomi - wszyscy borykają się z problemami, jakie złamałyby każdego człowieka. Ale oni uparcie prą na przód, a przeżyte nieszczęścia wydają się nie odciskać na nich żadnego piętna. A to ogromna wada Tygrysich Wzgórz. Wszystko wydaje się bowiem całkowicie nierealne. Bohaterowie z uporem maniaka przechodzą przez kolejne próby, prowokując tym samym kolejne przypadki. W świecie pełnym śmierci, przemocy, cierpienia i chorób oni czują się niemal jak w raju. Dewi dodatkowo próbuje złamać panujące w Indiach stereotypy, kreując się na kobietę pewną siebie, odważnie kroczącą przez wydeptane przez mężczyzn ścieżki. Spadająca na nią zewsząd krytyka tylko pobudza ją do dalszych działań. Fakt, może i nie miała innego wyjścia, ale jej sposób na życie i radzenie sobie z jego przeciwnościami, jest zupełnie nienormalny i wykraczający poza granice rozsądku. Sarita Mandanna pewnie miała cudowny zamysł, w którym główna bohaterka staje się ideałem kobiety walczącej o swoje szczęście. Niemniej jednak jej losy pokazują, że ta walka została przegrana. W jej życiu nie udało się właściwe nic, w każdej dziedzinie poniosła porażkę. Jaka więc jest wymowa Tygrysich Wzgórz? By walczyć? By być sobą? By po każdej porażce podnosić się z kolan? Chyba nie bardzo. Cóż, może autorka chciała pokazać, że ktoś może mieć w życiu gorzej niż my. Tylko czy czytelnika udało się do tego przekonać? Tygrysie Wzgórza miały poruszyć. Obraz nieszczęść ukazany w książce ma pobawić się z emocjami czytelnika. Kibicujemy bohaterom, mamy nadzieję, że w końcu zaznają szczęścia, odnajdą miłość i spełnienie. W zamian otrzymujemy smutek i kolejne porażki. W połowie powieści możemy już całkowicie wyzbyć się wszelkich nadziei na happy end. Tak jak i Dewi, Dewanna, Macu i inni. Sarita Mandanna odniosła jednak sukces. Jej książka zbiera wiele pochlebnych opinii, a ja jestem jedną z nielicznej grupy osób, dla których Tygrysie Wzgórza były taką małą drogą przez mękę. Książka oczywiście ma też parę pozytywnych cech. Najważniejszy będzie tutaj indyjski krajobraz, dla nas wciąż jeszcze egzotyczny. Autorka uzupełniła swoją powieść o kilka historycznych faktów czy kulturowych ciekawostek zgrabnie wplecionych w akcję Tygrysich Wzgórz. Książka ta nie wymaga też od nas intelektualnego wysiłku, a prosty język pozwala na sprawne przemierzanie kolejnych stron. Gdyby jeszcze autorka dopełniła to chociaż jedną postacią, którą można polubić, Tygrysie Wzgórza byłby dziełem znośnym. A tak powstało coś, co właściwie nic nie wnosi do naszego życia. Nawet odrobiny rozrywki.

Ulisses z Bagdadu

Ulisses z Bagdadu - Éric-Emmanuel Schmitt, Jan Maria Kłoczowski Istnieją motywy, których nie są w stanie zniszczyć upływające stulecia. Towarzyszą nam od wieków i jeszcze przez wieki będą trwały. A w zbiorze tym, wędrówka chyba przoduje. "Ulisses z Bagdadu" to właśnie książka, w której Schmitt przedstawia swój własny pomysł na ludzką tułaczkę. Osadza ją w czasach nam współczesnych, zwracając uwagę nie tylko na trud życiowej podróży, ale na problemy o wiele bardziej skomplikowane. Saad Saad urodził się w Iraku. Jego dzieciństwo przebiegało pod znakiem terroru Saddama Husajna. I o ile jako dziecko nie rozumiał zbytnio problemu władzy dyktatorskiej, tak wraz z upływem lat, doświadcza go znacznie silniej. Autor przywołuje wydarzenia, które miały miejsce w rzeczywistości - wojna z Kuwejtem, embargo, atak na World Trade Center... I choć fakty te są wspomniane zaledwie jednym zdaniem, tak skutki jakie wywołały w życiu Irakijczyków, stanowią kanwę całej powieści. Główny bohater to właśnie przykład jakich w Iraku jest miliony. Doświadcza głodu, strachu, śmierci, zawiedzionych nadziei, bólu i cierpienia. Poprzez ojca bibliotekarza i ukrywane przez niego zachodnie książki, a także poprzez dokładną obserwację otaczającego go świata, Saad rozumie, że Irak skazany jest na zagładę. Kiedy do państwa wkraczają Amerykanie, wydaje się, że jeszcze wszytko może się zmienić. Nikt jednak nie przewidział, że wyzwolenie stanie się kolejnym krokiem do zagłady. Saad traci w tym wszystkim zbyt wiele. W wyniku zamachowca i nieszczęśliwego przypadku ginie jego ojciec. Zbłąkany pocisk trafia w dom ukochanej Leili, i choć jej ciała nie znaleziono, to Saad nie ma już nadziei. Umiera też Salma, kilkuletnia dziewczynka, która zarażała wszystkich optymizmem i radością życia. W końcu chłopak nie wytrzymuje. Postanawia uciec z kraju. Jego decyzja wiązała się oczywiście z wieloma trudnościami. Iraku nie dało się opuścić, ot tak po prostu. Saad jednak podejmuje walkę. Narażając się na niebezpieczeństwa odnajduje możliwość przekroczenia granicy i rozpoczyna wieloletnią tułaczkę. W tych zmaganiach towarzyszy mu duch ojca, który swoją mądrością i przenikliwością pomaga młodzieńcowi w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Schmitt przedstawia nie tyle ciężką sytuację Irakijczyków, co emigrantów-uchodźców w ogóle. Autor wpisuje w losy głównego bohatera, dole każdego uciekiniera. Pogłębia zagadnienie poprzez ukazanie go z różnych stron. Udowadnia, że decydując się na ucieczkę, nie mieli oni tak na prawdę innej możliwości. Skazując siebie na ubóstwo, głód i pogardę, obierali jedyną możliwą drogę, na której końcu mogli znaleźć upragnione szczęście i spokój. "Ulisses z Bagdadu" to książka, która po raz kolejny zaskakuje. Schmitt ponownie udowadnia swoją wielostronność, znajomość świata i ludzi. Swoim bohaterom nadaje szczególny rys - realizmu i niezwykłości zarazem. Świetnie opisuje ich uczucia, przeżycia, a ich postawa udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Książka nie jest więc przeznaczona dla zamkniętego grona czytelników - jest dla każdego. Bo przecież wszyscy jesteśmy częścią tego świata, a jego problemy nie powinny nam być obce. /Recenzja zamieszczona także na moim blogu nenya89.blogspot.com/

Trucicielka i inne opowiadania

Trucicielka i inne opowiadania - Éric-Emmanuel Schmitt Eric-Emmanuel Schmitt to ważna persona w świecie współczesnej literatury francuskiej. Jego książki obiegają cały świat, zachwycają i zaskakują tematyką czy formą. "Trucicielka" jest najnowszym dziełem autora. Jest to zbiór czterech opowiadań poruszających sprawy miłości, zbrodni, sławy, rodziny. Pierwsze opowiadanie, które nadało tytuł całemu zbiorowi, to historia starszej kobiety, za którą cięgnie się tajemnicza przeszłość. Oskarżona o morderstwo swoich mężów i uniewinniona przez sąd, jest główną atrakcją małego francuskiego miasteczka. Kobieta zbudowała wokół siebie atmosferę niedostępności i strachu. Specjalne traktowanie przez mieszkańców sprawia, że pomimo upływu lat, ciągle znajduje się w centrum zainteresowania. Jej życie zmienia się, gdy do miasta przybywa nowy - młody i przystojny, ksiądz. Marie, pragnąc zdobyć go na wyłączność, postanawia wyjawić mu prawdę dotyczącą dawnych zbrodni. Kolejne opowiadanie "Powrót", Schmitt skupia się na sprawach rodziny i ojcowskiej miłości. Greg przez większość roku pracuje na statku, pozostawiając na lądzie żonę i cztery córki. Rodzinę traktuje raczej jako życiową powinność, obowiązek. Żona i córki są dla niego właściwie obcymi osobami. Jednak pewnego dnia Greg otrzymuje wiadomość, że jedna z jego córek nie żyje. Informacja ta sprawia, że bohater przeprowadza swego rodzaju rachunek sumienia, gdzie analizuje swoje dotychczasowe postępowanie. "Koncert Pamięci Anioła" to historia na którą składa się okres dwudziestu lat. I chociaż poznajemy tylko dwa główne wydarzenia z tego czasu, tak sami doskonale możemy uzupełnić pominięty okres. Axel i Chris to dwaj młodzi, wybitni muzycy. Pierwszy z nich jest ulubieńcem publiczności, skrzypkiem nadającym muzyce nadzwyczajną siłę. Jego talent doprowadza zazdrosnego Chrisa do podjęcia tragicznej w skutkach decyzji. "Koncert..." to niezwykła opowieść o metamorfozie człowieka, o tym, jak jedno zdarzenie wpływa na bieg ludzkiego losu. Zbiór kończy opowiadanie "Elizejska miłość". Tutaj z kolei Schmitt porusza problem miłości i dążenia do sławy, która tą miłość rujnuje. Na przykładzie prezydenckiej pary autor przedstawia jak chęć sukcesów niszczy człowieka i relacje jakie on buduje. Catherine i Chris pozują na udane małżeństwo tylko po to, aby zdobyć przychylność wyborców. Prywatnie ich życie zbudowane jest na zdradzie, kłamstwie, wzajemnej nienawiści. Przed kolejnymi wyborami prezydenckimi w ich życiu pojawia się moment przełomowy, dzięki któremu oboje odnajdą swoją tożsamość. Wszystkie opowiadania w "Trucicielce" łączy postać świętej Rity, patronki spraw beznadziejnych. W każdym z tekstów jej osoba pojawia się jako punkt kulminacyjny. Schmitt, podobnie jak w poprzednich książkach, tak i w tej udowadnia, jak znakomicie zna ludzkie uczucia. Autor doskonale wnika w ludzką psychikę, oddając jej skomplikowany charakter. Każdy z bohaterów to postać doskonale skonstruowana. Są wyjątkowymi jednostkami, ale Schmitt nie pozbawia ich też cech realności. "Trucicielka" jednak trochę rozczarowuje. Brakuje mi tutaj tej niezwykłości Schmitta, charakterystycznej chociażby w "Małych zbrodniach małżeńskich", gdzie zaskakuje nie tylko forma, ale i niecodzienne ujęcie tematu. Brakuje mi też tej kontrowersji z "Ewangelii według Piłata" czy "Przypadku Adolfa H.". Niestety, nie można mieć wszystkiego. "Trucicielka" jest więc książką godną uwagi, jednakże w porównaniu z dotychczasowymi publikacjami autora, wypada raczej blado.

Trafny wybór

Trafny wybór - J.K. Rowling Na nową książkę J.K. Rowling czekał cały czytelniczy świat. I niestety nie było to oczekiwanie pozytywne. Zewsząd dochodziły głosy pełne wątpliwości, sugerujące, że autorka Harrego Pottera strzela sobie w kolano. Bo po co, po tak wielkim sukcesie serii o młodym czarodzieju, wydawać kolejną książkę? I to książkę o zupełnie innej tematyce? My Polacy, już to znamy. Po wspaniałych recenzjach Wiedźmina czy Trylogii husyckiej Andrzej Sapkowski musiał znieść falę krytyki dotyczącej Żmii. A nie była ona przecież taka zła! Zmiana gatunku to dla pisarza zadanie trudne - nie ze względów technicznych, a właśnie ze względu na fanów twórczości. Najgorsze jest to, że nawet pełni optymizmu, z czasem dajemy się ponieść tłumowi... Trafny wybór chciałam mieć jak najszybciej. Zanim po niego sięgnęłam, uległam powszechnym nastrojom powątpiewania. Z każdym nowym komentarzem o książce Rowling, coraz mocniej czułam, że będzie to wielkie rozczarowanie. Na szczęście się myliłam. Pagford to jedno z tych miasteczek, gdzie wszyscy się znają. Dlatego, kiedy umiera Barry Fairbrother, wiadomość ta przekazywana jest z ust do ust. I już tutaj wiemy, że mieszkańcy pod warstwą uprzejmości, ukrywają wzajemne urazy i zazdrość. Niechęć potęguje sprawa Fields - osiedla dla środowisk patologicznych, w których obecny jest alkohol, narkotyki, domowa przemoc. Pagford podzielone na zwolenników i przeciwników osiedla, powoli ogarnia gorączka. Barry Fairbrother, jako przewodniczący Rady Gminy, potrafił uciszyć wszelkie sprzeciwy. Dzięki swojej ujmującej osobowości wywalczył spokój mieszkańców Fields. Dał im szansę na normalność. Jednak teraz, po jego śmierci, sprawa wydaje się przegrana. Przekazywanie informacji o śmierci Barry'ego, pozwala nam poznać najważniejszych mieszkańców Pagford. Rowling nie szczędzi nam ich charakterystyki, choć rozkłada ją niemal na całą książkę. Wolne miejsce w Radzie to łakomy kąsek dla wielu osób. Jedni chcą zająć fotel przewodniczącego ze względu na niechęć do Fields, inni dlatego, że po prostu lubili Barry'ego i chcą kontynuować jego misję. Swoich szans próbują więc Mollisonowie, od lat pragnący najważniejszych funkcji, starający się przejąć przywództwo nad Pagford i wreszcie pozbyć się Fields. Wakat po Barrym chce też objąć Collin Wall, dyrektor miejscowej szkoły, zmagający się z problemami natury psychicznej. Dwoje kolejnych kandydatów to Simon Price - despotyczny mąż i ojciec oraz Parminder Jowanda, imigrantka i lekarka. Każde z nich to odmienna osobowość i różne problemy. Ich rodziny to kopalnia sekretów i grzechów, skrywanych pod pozorem uprzejmości. Bardziej naturalne jest środowisko Fields. W jego specyfikę wprowadza na Krystal Weedon, problematyczna nastolatka, dla której największym autorytetem był właśnie Barry Fairbrother. W świecie, gdzie dorośli powoli popadają w chaos wzajemnej walki, do głosu dochodzą domowe grzechy. Sumieniem każdej rodzin staną się... ich nastoletnie dzieci. To one dostrzegają zepsucie Pagford, jego zakłamanie i stagnację. To ich losy są świadectwem tego, jak może zniszczyć małomiasteczkowy klimat. Dostrzegają to również przejezdni - Kay Bawden, pracowniczka socjalna i jej córka Gaia. Trafny wybór to rozbudowana powieść psychologiczna i obyczajowa. Ogromna ilość bohaterów na początku może sprawiać czytelnikom problemy, jednak z czasem wszystko zaczyna nam się układać. Rowling nie szczędzi nam opisów, a swoich bohaterów stara się jak najlepiej scharakteryzować. Poznajemy specyfikę Pagford i Fields dogłębnie, możemy więc szybko dostrzec wszechobecną obłudę i zaniedbanie. I podobnie jak w Harrym Potterze, w Trafnym wyborze do głosy dochodzi młodzież i jej problemy. J.K. Rowling stara się ukazać w jak zdeformowanym środowisku żyją, jak pozostawieni są sami sobie. Autorka chce też zwrócić uwagę na kwestię przyszłości młodych mieszkańców Pagford, na moment wejścia w dorosłość. Jednak pomimo ich trudnej sytuacji, widzi w nich nadzieję dla świata, światełko w tunelu, które kiedyś rozbłyśnie na dobre. Trafnego wyboru nie będziemy czytać po nocach. Nie wciągnie nas też jak Harry Potter, nie przeniesie do świata marzeń i spełnionych nadziei. Nowa powieść J.K. Rowling to książka poważna, poruszająca różnorodną, współczesną problematykę. Trafny wybór to rozliczenie społeczeństwa z jego grzechów - kłamstwa, egoizmu, bezmyślności, zaniedbania. Autorka pomimo poważnej tematyki, nie przytłacza. Jej niewymuszony, lekki styl, którym uwiodła miliony czytelników, w Trafnym wyborze również dochodzi do głosu. Jednak książka ta wymaga od nas sporo wysiłku. Nie - to nie tematyka, nie forma czy gatunek- tylko my sami. To czytelnik musi zapomnieć o magii i czarodziejach. To czytelnik musi nastawić się na coś nowego. Musimy porzucić wszelkie wyobrażenia i podejść do Trafnego wyboru jak do debiutu. J.K. Rowling wchodzi bowiem na nowe tory. I udaje się jej to w stu procentach. Podpisuję się też pod wszystkimi opiniami, mówiącymi o wielkiej odwadze J.K. Rowling. Mogła spokojnie spocząć na laurach, żyć w blasku Harrego Pottera i czerpać ogromne zyski z jego sprzedaży. Angielska pisarka pokazała jednak, że pisanie to dla niej coś więcej - to pasja, którą chce się dzielić z innymi.

Traktat o łuskaniu fasoli

Traktat o łuskaniu fasoli - Wiesław Myśliwski Są książki, po które nie sposób sięgnąć bez zachęty ze strony innych czytelników. Początkowo odstraszają nas ich objętość, pierwsze nudne strony, mało zachęcająca szata graficzna czy po prostu nieznajomość autora. "Traktat o łuskaniu fasoli" był właśnie dla mnie taką książką. Co mnie do niej zniechęcało? Jako, że grubość mi nie straszna, to wpływ na mój sceptyczny do niej stosunek, miał przede wszystkim jej początek. Jednak tak zachwalane dzieło musi przecież wciągnąć, zainteresować... Wiesław Myśliwski to pisarz, który w swojej twórczości porusza tematykę z życia wziętą, osadzoną w tradycyjnym środowisku. Dotyka problematyki moralnej, odwiecznych praw o człowieku i o życiu. Dwukrotnie przyznano mu nagrodę Nike - za "Widnokrąg" oraz właśnie za "Traktat o łuskaniu fasoli". Dodatkowo książka ta zebrała Nagrodę Literacką Gdynia, doceniona została przez TV Kultura czy miesięcznik "Odra". Wszystko to więc składa się na wspaniałe dzieło literatury polskiej. Za słownikiem terminów literackich, traktat to rodzaj rozprawy na temat najważniejszych problemów z danej dziedziny wiedzy lub życia społecznego, politycznego. Książka Myśliwskiego po części nim jest. Autor ubiera ją w formę monologu skierowanego do tajemniczego podróżnego, który nie zdradza właściwe niczego ze swego życia. Główny bohater, doświadczony życiem, przygnieciony wiekiem, zajmuje się domkami wczasowymi położonymi nad jeziorem. Po sezonie pełni rolę stróża, sumiennie wywiązującego się ze swoich obowiązków. Zna praktycznie każdego właściciela, a przez dokładną obserwację, poznaje ich problemy, przyzwyczajenia czy charakter w ogóle. Kiedy w jego domu zjawia się wspomniany podróżny, bohater jest zaskoczony jego pytaniem. Chce on mianowicie kupić fasolę. Od lat nikt takiej prośby nie wysunął. Jednakże dozorca przychodzi mu z pomocą, oferuje fasolę, którą muszą razem obrać. Tak zaczyna się właściwa treść "Traktatu...". Kolejne ziarna fasoli niosą nowy wątek, nowe historie i postacie. Monolog nabiera siły. Bohater opowiada o całym swoim życiu. Jego opowieść, nie pozbawiona narracyjnego chaosu, pochodzi z naturalnej potrzeby zwierzenia osobie całkowicie nam obcej. Nie ingerując zbytnio w tok przemowy, zmusza ona niejako swoim milczeniem do dalszego ciągu. I choć często pojawiają się wspomnienia właściwie nie mające większego znaczenia, jak na przykład wątek o zakupie kapelusza, to połączone razem kreują coś na kształt spowiedzi. Bohater bez wahania porusza sprawy miej lub bardziej intymne, nie boi się nazywać swoich uczuć czy emocji. Jego monolog jest niezwykle szczery, pozbawiony dozy nierealności czy przechwalania się. Wiesław Myśliwski wykreował postać bogatą w doświadczenia. Ciężkie czasy wojny i okresu tuż po niej, sprawiają, że bohater musiał zmagać się z wieloma przeciwnościami. Cudem ocalały, podjął naukę w rygorystycznej szkole, noszącej wiele znamion chorego systemu, uczył się gry na saksofonie, która to umiejętność w znacznym stopniu wpłynęła na jego dalsze losy. W jego opowieści pojawiają się też wspomnienia pierwszej miłości, trudu pracy, wątki rodzinne. "Traktat o łuskaniu fasoli" jest więc powieścią wieloaspektową, realna i pełną bliskiej nam tematyki. Książka Myśliwskiego na pewno nie jest dziełem lekkim, nie jest też łatwa w odbiorze. Czytelnik sam musi ułożyć poszczególne wydarzenia, musi też samodzielnie wyciągnąć płynące z nich wnioski. "Traktat..." wymaga od odbiorcy pełnego skupienia, a poruszana tematyka nie niesie ze sobą funkcji rozrywkowej. Dla miłośników podobnej tematyki będzie to więc książka wyśmienita. Dla tych stojących po przeciwnej stronie barykady, stanie się męczarnią, w której nie zobaczą większego sensu. Osobiście, choć doceniam książki trudne i poważne, nie będę wygłaszać peanów na cześć "Traktatu o łuskaniu fasoli". To, że w ogóle dokończyłam tę książkę, zawdzięczam własnemu uporowi (a to coś nowego) i chęcią sprawdzenia do ostatniej strony, jakim dziełem obdarzył literaturę Wiesław Myśliwski. Przyznam szczerze, że męczyłam się każdym zdaniem. Podsumowując. Nie umiałabym nikomu polecić tej książki. Nie potrafiłabym też do niej zniechęcić. Chyba każdy sam musi przekonać się, czy jest to dzieło wartościowe. I z takim przesłaniem was zostawiam.

Tron Szarych Wilków

Tron Szarych Wilków - Cinda Williams Chima Cykl Siedem Królestw wywołał u mnie skrajne uczucia. Król demon, pierwszy tom serii, uzyskał ode mnie dosyć negatywną opinię. Mocno zniechęcona, sięgnęłam jednak po Wygnaną królową i tutaj... bum! Książka pochłonęła mnie całkowicie. Szybko więc pobiegłam do biblioteki i zabrałam się do czytania Tronu szarych wilków. Han długo się nie zastanawia. Szybko opuszcza szkołę i wyrusza nie tyle do stolicy Fells, co w poszukiwaniu Raisy. Dziewczynę szybko odnajduje Edon Byrne i stara się bezpiecznie odprowadzić ją do kolonii Sosen. Niestety, na życie następczyni tronu czyha wielu wrogów. W obronie Raisy giną wszyscy żołnierze Byrne'a, a otoczoną wrogami księżniczkę ratuje... Han. Zatruta strzała wymusza na chłopaku użycie magii uzdrawiającej. I przyjdzie mu ponieść za to bardzo wysoką cenę. Na szczęście otrzymana w kolonii Sosen pomoc, pozwala Hanowi stanąć na nogi. W końcu poznaje też wszystkie tajemnice Raisy. Świadomość, że zakochał się w następczyni tronu, w córce Marianny, a więc tej, która ponosi winę za śmierć rodziny Alistera, zdaje się czymś nie do zniesienia. Han jednak musi spłacić zaciągnięty w kolonii dług i wywiązać się z powierzonego mu zadania - ochrony Raisy. Kiedy umiera Marianna, zarówno Han jak i Raisa, muszą przyjąć na siebie nowe obowiązki, walczyć z wrogami i łączącym ich uczuciem. W Tronie szarych wilków dużo się dzieje. Autorka nie daje nam ani sekundy wytchnienia, potęgując napięcie, odkrywając nowe tajemnice i wprowadzając nowe wątki czy nagłe zwroty akcji. Wielkim plusem jest ewolucja bohaterów. I choć Raisa ciągle może nas nieco irytować, tak zmiana jaka zaszła w Hanie jest ogromna! I to w pozytywnym znaczeniu. Z niepokornego złodzieja, Alister urasta do potężnego, świadomego swoich umiejętności maga. Chłopak doskonale korzysta ze swojej pozycji, szybko odnajduje się we wrogim środowisku dworu królestwa Fells. Dba jednak nie tylko o swoje interesy, ale i o bezpieczeństwo Raisy. Bo nawet gdyby bardzo pragnął, nie potrafi o niej zapomnieć. Świadomy beznadziejności tego związku, walczy by zmienić odwieczne prawa i obyczaje Fells. Tron szarych wilków wciąga już od pierwszej strony i nie pozwala na oderwanie się od lektury choćby na minutę. Co gorsza powoduje tak zwanego książkowego kaca. Gdy tylko skończyłam trzeci tom Siedmiu Królestw miałam ogromną ochotę na więcej. A to stanie się dopiero 20 marca... Po raz kolejny muszę wspomnieć o tej wielkiej zmianie jaka zaszła w książkach Chimy. Po beznadziejnym Królu demonie, każdy następny tom jest coraz lepszy. Oczywiście, każda z tych książek ma drobne wady. W przypadku Tronu szarych wilków takim niedopracowanym elementem jest relacja Han-Raisa. Właściwie to jeden wątek. Alister dosyć szybko przebacza Raisie kłamstwo, żal znika błyskawicznie, a co gorsza - niedostrzegalnie. Oczekiwałam jakiejś rozmowy bądź zdarzenia, które pozwoli tym dwojgu zapomnieć o przeszłości i zacząć wszystko na nowo. Ale tego Chima nam oszczędza. Na szczęście reszta wątku romansowego przebiega bez większych potknięć (no może poza sceną wyznania miłości). Siedem Królestw to seria, którą czyta się z wielką przyjemnością. Nie są to książki, które wiele od nas wymagają, ale w zamian dostajemy doskonałą rozrywkę na długie godziny. Całość nie sprawia wrażenia, że Chima pisała na siłę i chciała rozciągnąć swoją historię na jak najwięcej tomów. Czuć tu lekkość, widać pomysł i chęć zaskoczenia czytelnika. Z niecierpliwością czekam więc na Karmazynową koronę - tom kończący serię Siedmiu Królestw. I jestem przekonana, że dostarczy mi ona sporą dawkę emocji!

Tam gdzie spadają Anioły

Tam gdzie spadają Anioły - Dorota Terakowska Dorota Terakowska przygodę z pisaniem zaczęła późno. Nie przeszkodziło jej to jednak w wydaniu książek, które zawładnęły polskimi czytelnikami. Nie sposób bowiem było się oderwać od tajemniczej "Samotności bogów" czy magicznej "Córki czarownic". Podobnie "Poczwarka" niosąca w swym smutku światełko nadziei i radości. Twórczość Terakowskiej oscyluje więc w dwóch rejonach: młodzieżowym i tym już dorosłym. "Tam gdzie spadają Anioły" leży jednak pomiędzy. Ewa ma pięć lat. Jest córką rzeźbiarki i informatyka. Od narodzin nie cieszyła się zainteresowaniem rodziców - każde z nich pochłonięte było przez swoją pasję, a dziecko traktowali prawie jak powietrze. Całe ciepło jakie zaznała pochodziło od babci mieszkającej kilka domów dalej. Ewa więc już od najmłodszych lat uczyła się samodzielności, nie tylko w zabawie ale i w prostych codziennych czynnościach. Starała się też nie przeszkadzać rodzicom w ich pracy. Jednak to ułożone życie zaczyna się zmieniać. Pewnego dnia Ewa zauważa lecące anioły. Nie zdobywając zainteresowania matki, zajętej tworzeniem piety, dziewczyna samodzielnie rusza za niebiańskimi stworami. Przyglądając się im uważniej, widzi, że gromada to nie tylko białe i piękne anioły, znane jej z malarskich wizerunków. Wśród nich są też czarne postaci - straszne, ale i zarazem piękne. Ewa staje się świadkiem walki obu grup, dobra i zła. Widzi jak Czarny atakuje Białego, jak niszczy jego skrzydła, wyrywa pióra. Widzi jak ten biały upada. Upada sama Ewa - rani ją myśliwska pułapka. Koło dziewczynki upada też piękne białe pióro. Nikt nie wie jednak, że należy ono do jej Anioła Stróża... Dzień, w którym Ewa zobaczyła walkę aniołów zapoczątkowuje serię pechowych zdarzeń w życiu dziewczynki. Nieszczęścia lgną do małej istotki i towarzyszą jej na każdym kroku. Pozbawiona swego stróża, musi znosić ból i cierpienie, a wyzwolenie przynieść może jej już tylko śmierć. W tym samym czasie na osiedlu zamieszkanym przez Ewę, pojawia się tajemniczy bezdomny oraz wielki, czarny ptak. Podświadomie rodzice dziewczynki upatrują w nich źródło wszystkich nieszczęść dotykających córkę. Nie wiedzą jednak dlaczego nowi przybysze budzą w nich takie uczucia i co mogą oni mieć wspólnego z ich rodziną. Historia małej Ewy zawiera też w sobie myśli upadłego Anioła i jego dialogi z Czarnym bratem. Młody i niedoświadczony Biały snuje rozważania na temat dobra i zła, opieki nad ludźmi i boskim planem. "Tam gdzie spadają Anioły" przybiera więc filozoficzny odcień. Prawdy religijne nabierają nowego znaczenia, stają się bliższe, bardziej logiczne. Książka Terakowskiej nazywana jest baśnią. Oczywiście nie można ściśle przyporządkować jej do tego gatunku. Nie ma tu walki dobra ze złem. W zamian jest ich koegzystencja. Czym bowiem było by dobro gdyby nie było zła? Jak byśmy je dostrzegali? "Tam gdzie spadają Anioły" niewątpliwie jest książką magiczną. Poruszana problematyka zmusza do myślenia i przekonuje, że wszystko ma dwie strony. Jednak sama historia wokół której snute są rozważania, nie porusza. Mam wrażenie, że Terakowska skupiła się głównie na zagadnieniu dobra i zła, nieba i piekła, niż na samej kreacji bohaterów i ich losów. Akcja jest dosyć rozległa, przez wiele stron w życiu Ewy i jej rodziców nic nowego się nie dzieje. Książka Terakowskiej może się podobać i może zachwycać. Może też jednak męczyć czego dowodem są skrajne opinie na jej temat. Polecam sprawdzić samodzielnie, czy "Tam gdzie spadają Anioły" to wartościowe dzieło.

Szklany klosz

Szklany klosz - Sylvia Plath Sylvia Plath to właściwie pozycja obowiązkowa na liście każdego czytelnika. Będąc chorą psychicznie, zbudowała wokół siebie atmosferę pewnej irracjonalności czy tajemniczości. "Szklany klosz" niewątpliwie nosi znamiona autobiograficzne. Główna bohaterka zawiera więc jakąś część samej autorki. Esther ma ambitne plany. Pragnie związać swoje życie z literaturą - chce pisać. Dąży do tego celu z pełną świadomością i determinacją. Zapisuje się na kursy, swoją postawą i talentem zdobywa staż w Nowym Jorku. To właśnie tam rozpoczyna się powieść Plath. Dziewczyna współpracuje ze znanym kobiecym czasopismem, uczestniczy w bankietach, spotkaniach, pisze artykuły. Ma więc doskonałą szansę na kształcenie swoich umiejętności. Jednak ten okres musi kiedyś dobiec końca... Powrót do rodzinnego domu, gdzie czekają ją miesiące w towarzystwie matki, przeraża Esther. Swoje nadzieje wiąże z kursem pisania. Niestety ledwo po przyjeździe dowiaduje się, że nie została przyjęta. Wiadomość ta jest właściwie pierwszym krokiem do załamania Esther. Kryzys przychodzi, gdy próbuje ona napisać powieść. Kolejna porażka, samotność, zwątpienie sprawiają, że dziewczyna podejmuje kolejne próby samobójcze, by w końcu znaleźć się w szpitalu. "Szklany klosz" jest powieścią poruszającą wiele spraw. Esther to dziewczyna znajdująca się u progu dorosłości, kiedy to jej decyzje wpływają na dalszy kształt jej życia. Wszystko idzie zgodnie z planem tylko do czasu. Te, wydawałoby się, drobne porażki doprowadzają do osobistej tragedii. Esther nie potrafi walczyć, niepowodzenia jej nie motywują, a tylko załamują. Bohaterka to także osoba osamotniona, nie mająca żadnego wsparcia w postaci rodziny czy przyjaciół. Wszystkie te "cegiełki" budują wokół Esther mur, albo raczej tytułowy szklany klosz. Przyznam, że podchodziłam do tej książki jednocześnie z dystansem jak i nadziejami. Niestety te drugie zostały zawiedzione. Plath wspaniale operuje słowem i oddaje emocje bohaterki, jednak to wszystko do mnie nie przemawia. Samo nazwanie książki "feministyczną" również mnie nie przekonuje. "Szklany klosz" może i jest wybitną powieścią, ale dla mnie pozostaje książką, którą szybko zapomnę.